Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2014

Zaczynam się trochę bać...

Powoli, ale wielkimi krokami zbliża się dzień wyjazdu do Niemiec. 
Dobrze pamiętam dzień, w którym pisałam post o tym, że do wyjazdu jeszcze miesiąc, aż tu nagle z miesiąca zrobił się... tydzień.
I przyznam szczerze, że zaczynam się trochę bać. 

Wyjazd z Polski to wcale nie jest łatwa decyzja. Tak jest tylko na początku.

środa, 8 stycznia 2014

Być jak Jarosław

Co prawda nie wiem, czy sławny Jarosław do tej pory nie ma konta w banku, ale ja dzisiaj ze swojego zrezygnowałam.
To kolejny krok w moim planie wielkiej przeprowadzki do Niemiec.
Przyznam się, że jest to dość dziwne uczucie. Bo jednak zamknięcie konta bankowego w XXI wieku to jak cofnięcie się do epoki średniowiecza. 
Pewnie jestem teraz jedną z nielicznych osób w Polsce, która nie ma swojego konta bankowego. Być może jest nas około 10 osób, choć mogą to być dość zawyżone statystyki.

Za dwa tygodnie wyjeżdżam z Polski, więc bez sensu trzymać konto w banku, które nie ma swojego oddziału w Niemczech. Jednak stojąc przy bankowym okienku, gdzie bardzo mila Pani drukowała kolejne kartki mówiące o zamknięciu rachunku, poczułam, że coś jeszcze oprócz mojego konta się zamyka.

Konto zamknięte dziś przed południem, a teraz usunęłam skrót do bankowości internetowej, który był na moim pasku zadań. Niedługo zastąpi go pewnie inna ikona. Ciągle dodaje nowe. Jak na przykład ostatnio był to skrót do bloggera.
Zaczynam nowy etap i coraz bardziej zdaję sobie z tego sprawę. I czuję, że to będzie na plus :)
(zdjęcie: flickr.com)

piątek, 3 stycznia 2014

Święta to nie jest dobry czas na zmiany

Wydawać by się mogło, że okres Świąt i nowy rok to znakomity czas żeby zacząć w życiu coś nowego. Mnóstwo ludzi wanie w tym czasie robi masę postanowień: "Przestaję palić", "Schudnę 10 kg", "Codziennie rano będę biegać w parku". Myślą, że to dobry okres. Być może, ale nie dla mnie...

Nowy Land


wtorek, 17 grudnia 2013

Autobusowe szaleństwo

Ten post na pewno będzie niesprawiedliwy, ale od razu mówię, że wynika z obserwacji i doświadczeń, jakie nabyłam w swoim życiu.

Każdy mieszkaniec Warszawy narzeka na korki. Codziennie. I nie ma się co dziwić. W tzw. szczycie wszyscy spieszą się do pracy lub domów i każdy woli pojechać wygodnie własnym samochodem, ponieważ to, co dzieje się w środkach komunikacji miejskiej spokojnie nadaje się aby napisać skargę do stowarzyszeń zajmujących się prawami ludzi.
Przesiadanie się w komunikację miejską może i zmniejsza zanieczyszczenie i trochę rozładowuje te nieszczęsne korki, ale czego się psychicznie nacierpisz to twoje. A czasami zdarzają się też i siniaki!
Mówię jasno i wyraźnie - godziny szczytu w Warszawie to nie jest czas na wsiadanie w autobus czy tramwaj. Nie, nie, nie. A sceny, które się tam rozgrywają skutecznie zniechęcają do życia w stolicy.

sobota, 14 grudnia 2013

Melancholia przeprowadzki

I stało się, jutro wyjeżdżam z Warszawy. Zaczęłam się pakować i... nie wiem od czego zacząć.
Mimo, iż decyzja o wyprowadzce była bardzo świadoma, to bardzo ciężko jest po prostu się spakować i ruszyć dalej. Mam tu bardzo dużo przyjaciół, jeszcze więcej wspomnień i milion rzeczy do zabrania.

Ten post będzie krótki, ale nie oznacza to, że jest mało ważny. Wręcz przeciwnie, bo o trudnych dla nas rzeczach pisze się bardzo trudno.
Pamiętajcie tylko, że jeśli decydujecie się na wyprowadzkę, będziecie kiedyś w końcu musieli stanąć przed tym dniem, gdzie pora zacząć się pakować. A to jest dość trudne jeśli świadomie w jednym miejscu mieszkaliście tak długo. Tyle.

wtorek, 3 grudnia 2013

Przedwyjazdowa niechęć

Zauważyłam to u siebie już jakiś czas temu i zjawisko nazwałam "Niechęcią przedwyjazdową".
Nie, nie chodzi o to, że nie chce mi się wyjeżdżać czy mam niechęć do przeprowadzek (chociaż fakt, są uciążliwe). Tym mianem określam stan przed wyjazdem, gdzie będąc jeszcze w Polsce kończę swoje zobowiązania lub mam coś do zrobienia (coś co wiem, że jest bezsensu lub nieużyteczne). Kompletnie nie chce mi się tego robić. 

Idealnym przykładem opisującym "niechęć przedwyjazdową" jest sytuacja, w której chodzimy jeszcze do pracy. Z Polski wyjeżdżam w połowie stycznia i tak naprawdę mogłabym już przestać pracować. Od zaraz. Wiem, że i tak nie odłożę kokosów, więc pieniądze nie są żadną motywacją do pracy. To samo tyczy się atmosfery czy ludzi. Kompletnie nie będę żałować rezygnacji z tej pracy, a jednak kiedyś tam zdecydowałam się, że popracuję do końca roku. I to był błąd. 
Kompletnie nie mam już motywacji żeby angażować się bardziej w nowe projekty czy szukać nowych możliwości. Tym bardziej, że grudzień ma wszystkich dni pracujących około 20. W takim zestawieniu motywacja spada do dolnej granicy 0.

Jaki jest z tego morał? Jeśli:

  • przygotowujesz się do wyjazdu
  • wiesz, że rzucisz dotychczasową pracę
  • praca nie daje Ci satysfakcji ani góry pieniędzy
  •  przed wyjazdem chcesz jeszcze pozałatwiać sprawy / posiedzieć z rodziną / pospotykać się ze znajomymi
... to po prostu jak najszybciej zrezyzgnuj. Nic na siłę. Widzę po sobie, że naprawdę nie ma sensu się męczyć. Przez ten czas mogłam zrobić tyle pożytecznych rzeczy. Przede wszystkim nie denerwować się i jakoś spokojnie "dociągnąć" do wyjazdu. W zamian zaś codziennie idę do tej pracy i cholornie mi się nie chce...

(zdjęcie: radiostar.net) 

sobota, 30 listopada 2013

Z pamiętnika kobiety przed przeprowadzką

Gdy, jak już pisałam tutaj, w końcu doszło do mnie, że w niedługim czasie przeprowadzę się do Niemiec nagle wszystko zaczęło do mnie krzyczeć "Zobaczysz będzie Ci nas brakować!". 


Najpierw zaczęły krzyczeć moje ulubione rzeczy o większych gabarytach lub kilogramach - obrazek nad łóżkiem, książki, stolik z Ikei, wieża stereo i dziesiątki moich ulubionych płyt. Do tego doszły buty, niezliczona ilość różnych pudełeczek i lampka nocna, której nie zdarzyło mi się użyć już chyba z 1,5 roku. 
Potem głos zabrała moja szafa. Wiadomo, jak każda szanująca się kobieta nigdy nie mam w czym wyjść do ludzi, ale ubrań mam sporo. Do tego, teraz one wszystkie zdają się być o wiele nowsze, ładniejsze i o wiele wiele bardziej potrzebne bo przecież jeśli wezmę ten sweter, to tych pięć bluzek też musi zostać zabranych, przecież one się ze sobą tak dobrze komponują.
Najgłośniej krzyczą chyba jednak rzeczy najdrobniejsze, których jest dużo z każdego rodzaju. Perfumy, cienie do powiek, bransoletki, wisiorki.
Najbardziej żałośnie skamlą w kącie rzeczy, o których wiem, że na pewno ich ze sobą nie zabiorę. I tak o ścianę opiera się ze smutną miną deska do prasowania, której towarzyszy żelazko, w kuchni cicho płacze blender, a na ścianie smętnie wisi korkowa tablica, do której przyczepionych jest masa kolorowych karteczek i zdjęć, same wspomnienia.

To zmusiło mnie to chwili refleksji: "Przecież nie będę mogła zabrać wszystkiego". Rzeczy mam mnóstwo, a co gorsza wszystkie je szczerze lubię, a bagaż nie z gumy...
Przeprowadzając się do innego kraju nie można wziąć ze sobą żadnych zbędnych rzeczy. Szczególnie, gdy lecisz samolotem, gdzie gramatura bagażu jest zawsze ściśle określona.
Może niesie to za sobą pewną głębszą myśl psychologiczną, która mówi, że jeśli zdecydowałaś się na taki krok to faktycznie zacznij budować wszystko od początku. To nie jest przeprowadzka do innego mieszkania, gdzie samochodem da radę zwieść wszystko nawet na kilka razy.

To jest już krok bardziej poważny i właśnie fakt, że nie można zabrać wszystkiego może też nam jakoś pomóc. Ponieważ targając każdą, nawet najmniejszą rzecz, niejako może pozbawiamy samych siebie szansy na zbudowanie czegoś nowego tam gdzieś daleko. Na początku będzie ciężko. I to bardzo. Ale to dlatego, że budowanie samo w sobie jest ciężkim i mozolnym zajęciem. Może więc trzeba byłoby skupić się na celu, gdzie za jakiś czas już w nowym miejscu stojąc przed pełną szafą z ciuchami kupionymi w Niemczech znowu będę narzekać, że nie mam się w co ubrać?
    

wtorek, 26 listopada 2013

I stało się - teraz nie ma odwrotu

Decyzję o przeprowadzce z Polski do Niemiec podjęłam już jakiś czas temu. Było to na takiej zasadzie, że mniej więcej znałam datę (początek nowego roku) i wiedziałam, że jest to nieuniknione. Tyle.
Kilka dni temu nasze rodzime linie lotnicze LOT zorganizowały kolejną promocję na wybrane trasy. Jako, że dość żywo śledzę takie nowinki od razu sprawdziłam czy trasa, która najbardziej mnie interesuje, czyli Warszawa-Frankfurt został tą promocją objęta. Okazało się, że tak...

Wszyscy wiemy, że na ogół nie opłaca się latać LOT-em. Bilety są za drogie a samoloty za stare. Ale plus jest taki, że LOT lata na główne lotnisko do Frankfurtu i nie trzeba płacić dodatkowych 14 euro w jedną stronę za dotarcie do centrum miasta, tak jak np. Wizzair'em czy Ryanair'em. Alternatywą dla LOTu jest Lufthansa, ale z reguły te połączenia są jeszcze droższe.


Planując lot do Frankfurtu wiedziałam więc, że najkorzystniej będzie wybrać właśnie LOT, dlatego też śledziłam te wszystkie promocje. Gdy zobaczyłam bilet obniżony z 780 zł na 401 nie zastanawiałam się długo. Od razu kupiłam. Przemyślenia przyszły później...

czwartek, 21 listopada 2013

Rower, który stał - historia prawdziwa

Dziś opowieść, która dla statystycznego Polaka wychowanego w naszym pięknym kraju może okazać się bajkę lub historią z cyklu science fiction. A na pewno Was zdziwi, tak jak zdziwiła mnie. I tak, do dzisiaj się tego wstydzę.

Jednego dnia w Niemczech stałam na przystanku czekając na tramwaj. Obok tego miejsca, stał słup z ogłoszeniami. Ot słup, jak słup, wszystko po niemiecku, więc zrozumiałam tylko kilka plakatów. Ale nie sam słup stanowił centrum mojego zainteresowania. Obok słupa, właściwie to przy słupie, stał oparty rower. Rower całkiem nowy, na pewno sprawny, może kolor tylko jakiś dziwny. Ale rower, jak rower. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby rower był do słupa przywiązany, albo chociaż przypięty do pobliskiego drzewa czy płotu. A tu rower stał tak "samopas". A właściciela brak.

I tu dziwna rzecz - bardzo możliwe, że wiele osób w krajach północno-zachodnich robi tak na co dzień i to nikogo nie dziwi. Mnie jednak zdziwiło.
Będąc bądź co bądź Polką rozglądałam się dość gorliwie wokoło i patrzyłam czy zaraz zza rogu nie wyjdzie właściciel owego roweru i po prostu nie zabierze go zanim ktoś inny to zrobi. Na tramwaj czekałam jakieś 15 minut i przez cały ten czas wypatrywałam właściciela. Sprawdziłam też, żeby się upewnić czy rower może przypadkiem nie jest jednak przywiązany. Ale nic. Ani sznurka. Ani linki. Ani właściciela.
Pomyślałam sobie "no trudno", a że tramwaj w końcu podjechał to do niego wsiadłam i odjechałam.

Na tym nie kończy się jednak historia z rowerem. Nie kończy się też poziom mojego zdziwienia. Otóż tego samego dnia, pięć godzin później wracałam do domu, w którym wtedy mieszkałam. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy wysiadając na tym samym przystanku i przechodząc obok słupa, rower nadal tam stał!
W tamtym momencie pomyślałam: "Kurczę, to naprawdę niesamowite". Rower stoi nieprzypięty pół dnia i nikt, dosłownie nikt nie połasił się, żeby go wziąć. Jak to możliwe? Żaden złodziej czy bezdomny.

Z tej historii wyniosłam jedną lekcję - moje zdziwienie jest typowe dla Polaków. Dlaczego? Bo u nas w kraju taki rower z pewnością nie postałby 5 godzin.

(zdjecie: img.likely.pl)